O grafomanach raz jeszcze

 Moderator: Tomasz Kowalczyk

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Mariola Kruszewska
Posty: 12674
Rejestracja: czw 24 lip, 2008
Lokalizacja: Mińsk Mazowiecki

Post autor: Mariola Kruszewska »

"Koktajl z maku" Marta Syrwid.
Olga Drenda

„Bzik niegroźny, raczej miły, ale zawsze bzik” – komentował nieudolne wysiłki grafomanów znany z kolekcjonowania wydawniczych osobliwości Julian Tuwim. Inny skamandryta Antoni Słonimski miał dla nich mniej wyrozumiałości i zapoczątkował rubrykę „Książki najgorsze” na łamach przedwojennych „Wiadomości Literackich”. Pastwił się tam nad popularnym wówczas kiczem poetyckim, historycznym czy dekadencko-skandalizującym. Po latach tradycję tę podjął Stanisław Barańczak, który przejął szyld od Słonimskiego i na łamach „Studenta” publikował błyskotliwy i złośliwy „przegląd bieżących osiągnięć polskiej grafomanii” pod dwuosobowym pseudonimem Feliks Trzymałko i Szczęsny Dzierżankiewicz.

Ówczesna tandeta literacka różniła się od przedwojennej – powodował nią przede wszystkim polityczny koniunkturalizm. Gros „książek najgorszych” stanowiły więc powieści milicyjne i szpiegowskie z pieczątką aprobaty władz, pełne banalnych obserwacji, przekombinowanych metafor i pokracznych scen erotycznych. Jak ta w „Patrycji, czyli o miłości i sztuce w środku nocy” Eugeniusza Kabatca: „Plan najwcześniejszy, proscenium przychylne mi zwykle, zależne od mojej woli i moich kaprysów, wyobcowało się nagle, stanęło okoniem (...) dobrze uzbrojone, opancerzone idee-towarzyszki walki rozpierzchły się nagle po kątach jak wystraszone, histeryczne baby”.

Ekwilibrystyka stosowana
Dzisiaj, choć zmieniła się rzeczywistość, dostarczycieli fatalnych książek nie ubywa, a grafomania ma się znakomicie. Trudu przeczytania, opisania i skatalogowania współczesnych książek najgorszych podjęła się pisarka Marta Syrwid, która swoje starcia z produktem literaturopodobnym opisywała w „Lampie”. Surowiec na „Koktajl z maku” – bo tak nazywała się jej comiesięczna rubryka – pochodził częściowo z nadsyłanych do redakcji nowości wydawniczych, część dostarczali zainspirowani czytelnicy, reszta natomiast pochodziła z internetu, który jako przestrzeń wolności wyrazu zachęca do dzielenia się radosną twórczością. Materiału zebrało się tak wiele, że cała antologia egzotycznych koktajli ukazała się niedawno nakładem Lampy i Iskry Bożej.

Zapoznanie się z kilkudziesięcioma pozycjami przynosi szereg odkryć: przede wszystkim historia zatoczyła koło i współczesna grafomania jest stylistycznie bliższa tej z czasów Słonimskiego niż chałturniczym broszurkom, z których nabijał się Barańczak. – To, że teraz grafomania to raczej teksty „pełne dobrych intencji”, choć podszyte często żądzą pieniędzy i/lub nieśmiertelnej sławy, a nie pulpa kryminalna, lizusowska w stosunku do ustroju, to wynik wyłącznie okoliczności rynkowych. Wolny rynek rodzi inne patologie, monopol państwa inne – mówi Marta Syrwid. – Jeżeli już kogoś kopiują, to Mickiewicza albo Leśmiana. Myślę, że w przypadku poezji stawiają na rymy, ale nie takie jak np. z Broniewskiego, tylko raczej typu „wpadła gruszka do fartuszka”.

Wśród poetów w modzie jest przede wszystkim repertuar klasyczny i nieśmiertelny: przyroda, uniesienia zmysłowe, czasami – doniosłe wydarzenia historyczne. Styl często do złudzenia przypomina piśmiennictwo XIX-wieczne. Wiersze te obfitują w solenne nastroje i piętrowe, pompatyczne metafory. Poezja z perspektywy grafomańskiej to najczęściej ekwilibrystyka wyrafinowana do tego stopnia, że trudno odgadnąć, co poeta miał na myśli. „Pustynie zdychających łabędzi” – tak zatytułował swój tomik Paweł Pomorski (który pisze np. o Krakowie: „wyłożony płytami strych dla synogarlic świata/– Ludzkich ofiar Kraków czczących przeszłości kałomoczem”).

Izabela Bill w tomiku „Seksapil duszy” nazywa płacz „siklawą łez”. Sporą popularnością cieszą się również kunsztowne zabiegi archaizacyjne, mające dodać dziełu powagi i eleganckiej patyny (przoduje w tym Alicja Elżbieta Przepiórka i jej poezja pełna figur mitologicznych oraz słów w rodzaju przeto czy atoli, a także Jan Marian Gulak, autor – jak sam skromnie określa – „największego eposu w historii”). Na drugim biegunie znajdziemy twórców zakochanych w rymie, możliwie dokładnym. Szczeciński poeta Paweł Sajdak tymi słowy ubolewa nad stanem przyrody: „Znów się klimat zmieni, tlenu będzie mniej/I wszyscy narzekać będziemy, ojej!”. W prozie znajdziemy więcej śmiałych słowotwórczych akrobacji: „(...) czuła się jak ’JA’(bł)USZKO nieoddzielone od mamy i taty – jaBŁONI (...) otrzymujące mądrość z BŁONI wiedzy” – pisze Agnieszka Wypych w powieści pod tajemniczym tytułem „Trawka brzuszkowa”. Są też osobliwe dumania filozoficzne czy literatura „mocna”, w zamyśle kontrowersyjna, co na ogół przekłada się na obfitujące w detal sceny erotyczne oraz brzydkie wyrazy.

W tej ostatniej przoduje prozaik ukrywający się pod pseudonimem Andrzej Te, „odczuwający gniew, złość i kontestujący obecną rzeczywistość globalną”. Buduje nawet własny katalog neologizmów wydalniczych typu „kałokultura”.

Kryminał i sensacja cieszą się dziś poczytnością, ale grafomanów moda ta raczej omija; wyjątkiem może być znany skądinąd w środowisku literackim początku bieżącego tysiąclecia Adam Bolewski. Specjalizuje się w historiach bogatych w wątki gangsterskie i pornograficzne, osadzonych w Suwałkach, oraz z obecnością fikcyjnych przygód faktycznie istniejących pisarzy polskich – to chyba najbliższe materii, z którą miał do czynienia Barańczak.

Pikantne fantazje niedzielnych literatów
Grafomania to często domena efemerycznych wydawnictw; bywa, że autor sam finansuje swoją potrzebę bycia drukowanym. W języku angielskim nazywa się takie książki vanity publishing – wydawanymi z próżności. Internet usprawnił możliwości samodzielnego rozpowszechniania własnej twórczości, dzięki czemu rozkwitła scena amatorskich e-booków oraz fan fiction – opowiadań, których bohaterami są realni idole albo postaci z ulubionych filmów czy książek.

W świecie fan fiction króluje sentymentalny romans oraz wątki erotyczne, czego najlepszym przykładem jest wywodząca się z tej sfery szalenie popularna trylogia „50 twarzy Greya” E.L. James. Pierwowzorem bijącego rekordy sprzedaży (i cieszącego się złą sławą jako dziełka grafomańskiego) tytułu było fanowskie opowiadanie poświęcone wampirom z serii „Zmierzch”. Jak można było się spodziewać, popularność Greya zachęciła licznych niedzielnych literatów do uwolnienia swoich pikantnych fantazji. Nie jest to jednak zjawisko nowe; „porno-barok”, bogaty w dosadne detale lub wyrafinowane metafory o charakterze przyrodniczym, jak czytamy w „Koktajlu z maku”, to jedna z niezmiennych składowych klasycznej grafomanii, obok błędów ortograficznych i stylistycznych, zajadłej niechęci wobec jakiejś grupy (prawicowców, lewicowców, postmodernistów, kapitalistów), wątków pseudonaukowych (co dotyczy szczególnie nurtu poradnikowego – już Słonimski i Janusz Dunin w „Papierowym bandycie” wspominali o cudownych przepisach na bogactwo, podejrzanie przypominających dzisiejsze publikacje spod znaku „Sekretu”), a także wyjątkowo dokładnych rymów.

Narcyz grafoman
Kim jest współczesny grafoman polski? Milan Kundera twierdził, że jedną z przyczyn kiczu pisarskiego ma być obezwładniająca nuda pozbawionego przygód i wyzwań współczesnego życia. To kazałoby sądzić, że grafomanią parają się głównie ludzie bogaci w czas i pieniądze. Twórcy surowca na koktajl z maku reprezentują jednak tak rozmaite grupy wiekowe i społeczne, że niełatwo ustalić profil psychologiczny przeciętnego niedzielnego literata. – Trudno o ekstrakt z tak różnego kwiecia. Są bowiem emeryci oraz renciści – ludzie bardzo aktywni, pełni wigoru, wyjątkowo radośni – oni tworzą często optymistyczne utwory rymowane. Są piewcy idei, jak gigantka Lusia Ogińska, zajmująca się wyłącznie tworzeniem i byciem żoną Ryszarda Filipskiego. Ona również rymuje, ale zostało jej to wpojone przez męża, który za poezję nie uważa wierszy białych – tłumaczy Marta Syrwid. – Rymy układa Ogińska w służbie Bogu i Polsce, a nie ku radości.

Jest też zdaniem Syrwid trochę polonistów, ale i wśród nich występuje zróżnicowanie, np. Alicja Elżbieta Przepiórka pisze ody romantyczne, a sprośniak Adam Bolewski dużo miejsca poświęca orgiom z prostytutkami zza wschodniej granicy. – Opisałam też jednego przestępcę, który po resocjalizacji uwierzył w kosmitów, oraz doktora politologii, który wynalazł silnik napędzany deszczówką. Obaj rymują. Naprawdę trudno w tym gronie znaleźć jakieś cechy wspólne dotyczące habitatu czy wykształcenia – zastanawia się Syrwid.

Lektura książkowej wersji „Koktajlu z maku” to oczywiście przeżycie zabawne ze względu na naprawdę lichą jakość surowca, ale jednocześnie trudno pozbyć się cienia sympatii do twórców – ich upór i nieustające dobre chęci mogą budzić szacunek czy choćby zrozumienie (ten sam Kundera wśród powodów popularności grafomanii podawał również samotność). Syrwid przekonuje jednak, że często miała do czynienia z przypadkami szczególnych narcyzów, których trudno traktować jako sympatycznych hobbystów. – Grafomana od nieszkodliwego amatora odróżnia zwyczajna skromność, której ten pierwszy nie posiada. Literatów amatorów zaspokaja, zdaje się, sam fakt tworzenia, a nie dopiero wieczór autorski z lichtarzami i fortepianem – wyjaśnia.

Popularne rozumienie pojęcia „grafomania” sugeruje przede wszystkim niedostatek talentu wobec zawyżonych literackich ambicji, czyli nieudolność. Ale żeby z pisarza słabego stać się prawdziwym grafomanem, potrzebny jest jeszcze niezbędny ładunek miłości własnej. Nie wystarczy tworzyć sobie choćby najbardziej kiczowato, ale z potrzeby serca i do szuflady. „Kobieta, która pisze do swego kochanka cztery listy w ciągu dnia, nie jest grafomanką, lecz zakochaną kobietą. Ale mój przyjaciel, który sporządza fotokopie swej miłosnej korespondencji, żeby móc ją opublikować, jest grafomanem” – objaśniał Milan Kundera w „Księdze śmiechu i zapomnienia”.

„Piszący bez talentu, a mający duże wyobrażenie o sobie” – podobnie bezlitośnie opisuje grafomana słownik „Pisownia prawidłowa i wyrazy obce” z 1933 r. Aby zbliżyć się zatem do tej definicji, należy pisać hurtowo, bezkrytycznie i najlepiej bez wysiłku (wśród zawodowców krąży opinia, że grafomania zaczyna się wtedy, kiedy pisanie sprawia nam przyjemność, przy tworzeniu wartościowej literatury należy się bowiem nasapać). Trudno się jednak dziwić marzeniom o publikacji, skoro tego uczy nas rynek. Gdy bowiem spojrzymy na listy bestsellerów, znajdziemy na nich wiele niedobrze napisanych, banalnych i kiczowatych tytułów, które sprzedają się w sporych nakładach, choć od grafomańskiego produktu dzieli je jedynie profesjonalna redakcja.

Wizyta w krainie grafomanii przynosi jeszcze jedną ważną obserwację. – Kilka gatunków grafomanów, o których powiedziałam, stanowi odbicie wiodących w tzw. polskim społeczeństwie przekonań o tym, czym jest literatura – mówi autorka „Koktajlu z maku”. – Jedni pamiętają ją jedynie z elementarza, inni najchętniej wsiedliby na konia i z tomikiem swoich wierszy pogalopowali walczyć o Polskę, jeszcze inni stawiają na zmysłowość.
Nawet i te wyimki z podręczników języka polskiego zostały potraktowane przez nadambitnych amatorów po łebkach. – Mogłabym ostrożnie postawić tezę: wszystkich opisanych w „Koktajlu...” grafomanów łączy to, że prawdopodobnie czytają mniej, niż piszą. Zmiana tych proporcji w połączeniu z pokorą i wytrwałą praktyką może przemienić grafomana w pisarza prawdziwego, więc nie każdego autora kiepskiego dzieła należy od razu spisywać na straty – pisał już dawno temu Słonimski. Zwłaszcza że wśród utworów powstałych z samouwielbienia można natrafić na – jak pisze Marta Syrwid – „okaz prawidłowo rozwiniętej literatury pięknej”. W jej przypadku takim odkryciem była książka niejakiego Tomasza Lektornego, który dystrybuował ją na krakowskich Plantach. Nosiła ona tytuł „Teofil Zraszacz ha ha ha”.
Ojcze nasz, (...) przyjdź królestwo Twoje.

Nie uczę, nie mam patentu na rację. emde
Latima
Posty: 3250
Rejestracja: śr 14 lip, 2010

Post autor: Latima »

Mariolu, bez Twojej zgody, ale " dla dobra wspólnego" przeklejam powyższy tekst na swoją stronkę na facebooku, myślę , że nie masz nic przeciwko temu. Sama przeczytałam jednym tchem, dziękuję
Florian Konrad
Posty: 908
Rejestracja: pt 26 lut, 2016

Post autor: Florian Konrad »

Nie odkrywa nikt Ameryki, ani nawet Eurazji stwierdzając że trudno stwierdzić jaki jest typowy grafoman. Tak samo mogę- jakże odkrywczo- napisać że ciężko określić wygląd typowej osoby drapiącej się po nosie, mającej ból zęba.
Eureka!- słabe wiersze mogą pisać młodzi i starzy, bogaci i kloszardzi, kobiety, mężczyźni i ci po środku, genderozmienni, transpłciowi :mrgreen:

Nie napisano dobitniej o fatalności egzaltacji i dopełniaczówek (położyłem dłoń na kolanach piersi twych- że tak zmyśle najbzdurniejszą z metafor dopełniaczowych , hihiihi).