Wyniki XI OKP im. Michała Witolda Gajdy

 Moderator: Tomasz Kowalczyk

ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Tomasz Kowalczyk
Administrator
Posty: 4471
Rejestracja: wt 10 cze, 2014

Post autor: Tomasz Kowalczyk »

Protokół z obrad Jury XI Ogólnopolskiego
Konkursu Poetyckiego im. Michała Witolda Gajdy


Jury w składzie

Anna Luberda-Kowal – przewodnicząca
oraz Paweł Biliński i Marek Skalski

postanowiło przyznać:

I miejsce za zestaw nr 41 – Wojciechowi Koniecznemu
II miejsce za zestaw nr 63 – Iwonie Marciniak
III miejsce – za zestaw nr 79 – Dominice Patrycji Wilk
ponadto jury postanowiło wyróżnić zestaw nr 6, który prezentował wiersze
Luizy Wilczyńskiej.

Nagrody im. Jana Stanisława Kiczora za najlepszy wiersz rymowany otrzymują ex aequo:
Urszula Krajewska-Szeligowska (zestaw nr 81) za wiersz pt. "Gdzie ten Monsieur" oraz
Zdzisław Drzewiecki (zestaw nr 42) za wiersz pt. „Ballada sen nie sen".

Na tegoroczną edycję konkursu nadesłano tylko 80 zestawów wierszy, reprezentujących bardzo zróżnicowany poziom. Jury wyłoniło około 10 najlepszych, spośród których dokonało ostatecznego wyboru laureatów w głównej kategorii. Teksty wybrane, które zawalczyły o miejsca na podium, wyróżniały się literackim profesjonalizmem i oryginalnością przekazu. Dwa zestawy typowane do nagród ostatecznie musiały zostać zdyskwalifikowane, gdyż okazało się, że zawierały wiersze wcześniej opublikowane. W kategorii wierszy rymowanych dwa utwory od początku zwróciły uwagę jury i to one ostatecznie zdobyły nagrodę ex aequo.

Gratulujemy Zwycięzcom i życzymy częstych wizyt ze strony weny!

A oto nagrodzone wiersze:

I miejsce - Wojciech Konieczny


Kiedy pojechaliśmy do Elbląga

padał deszcz i trochę wiało
taka sytuacja, że nie wiadomo, co robić
i wtedy powiedziałem, że może byśmy
pojechali do Elbląga
śmiałaś się, że chyba żartuję,
bo przecież takie miasto nie może
istnieć naprawdę

(kto cię uczył geografii, pomyślałem
i czy rodzice nigdy nie dali ci atlasu na urodziny?
ja dostawałem co roku...)

pokazałem ci na mapie punkt
gdzieś pośrodku u góry
niebieska nitka i dużo zielonego dookoła
(w jednym miejscu nawet bardzo zielonego!)
powiedziałem, że to tu
„Elbląg”
(było nawet podpisane)
ale wciąż zdawałaś się wątpić

nawet w pociągu, gdy miałaś już bilet w ręce
i po drodze, gdy byliśmy coraz bliżej
i nawet teraz, gdy patrzymy na napis na stacji
a jednak jest prawdziwy, odparłem
spoglądając ze szczytu katedry
na miasto, które jest
coraz bardziej


Pośród jabłoni i pośród wzgórz

Powiedziałaś, że musimy tu przyjechać
by pośród tych wzgórz i pośród jabłoni
odnaleźć to, co powoli zaczęło znikać

spytałem cię, dlaczego akurat tutaj
przecież nigdy tu nie byliśmy
a ty odpowiedziałaś, że właśnie
dlatego

pośród jabłoni i pośród wzgórz
gdzie nigdy nas nie było
można znaleźć to
co powoli zaczęło znikać


Granatowe niebo

spytałeś mnie, czym jest odwaga
gdy ma się siedem lat
takie pytania to podstawa

to takie słowo, odpowiedziałem
„śmiała postawa wobec niebezpieczeństwa”
(jakbym recytował słownik)

nie wydawałeś się przekonany
ale pokiwałeś znacząco i spytałeś
„czy ty jesteś odważny, tato?”

odmieniam to słowo przez przypadki i liczby
zmieniam rodzaje
a nawet formy gramatyczne
ale wciąż nie mogę przypisać go sobie

myślę o Nich
zawsze wielką literą
(albo dużą, jak wolą inni)
jakże mógłbym sam siebie tak nazwać

to jest takie łatwe – tak, jestem odważny
powiedzieć siedząc w fotelu, przed telewizorem
idąc z tobą za rękę na spacer
śmiejąc się gdy robimy nic

ale gdy niebo robi się granatowe
bo nadciąga prawdziwe niebezpieczeństwo
wtedy nie wiem czy też bym potrafił

choć tak bardzo chciałbym nie musieć
tak bardzo chciałbym potrafić

uśmiechasz się z całą wiarą, że tak
że dałbym radę
ale niebo jest tylko niebieskie
na horyzoncie nie widać granatowych mundurów
jeszcze


II miejsce - Iwona Marciniak


Może dzięki tobie uwierzę w zmartwychwstania

Co kilka wiader węgla wsypywanego do komórki
wypalałeś sporta. Lubiłam patrzeć, jak palisz.
Fascynował mnie wyraz twojej twarzy – nieodgadniony, daleki.
Właśnie taki byłeś – zawsze gdzie indziej, nawet jeśli obok.
A jednak nauczyłeś mnie wbijać gwoździe,
ciąć drewno na rozpałkę, trzeć ziemniaki na placki...
Trochę ty, trochę ja – mówiłam. Aż do pierwszej krwi.
Opatrywałeś moje kolana. Nagłe: patrz, patrz Zorro,
wystarczało, by odwrócić uwagę.
Stary opatrunek zerwany błyskawicznie.
Śmiech, śmiech, śmiech.
To ty oszukiwałeś w karty i w Chińczyka.
Jestem sracz nie gracz i z tatą nie umiem grać,
recytowałam, stojąc na krześle.
Śmiech, śmiech, śmiech.
Zamarł, gdy spytałeś, pokazując zdjęcie obcej kobiety:
która ładniejsza, ona czy mama?
Te kilka słów to twój testament.
Nauczyłeś mnie chodzić w za ciasnych butach,
a mimo wszystko szybko biegać.
Choć boli, wciąż uciekam.
Płacz, płacz, płacz.
Ponoć tym, którzy umierają w Boże Narodzenie,
odpuszczone są wszystkie grzechy,
Jeśli to prawda, znów się dobrze ustawiłeś,
tato.


za mało słońca za mało wody zbyt wiele słów

oglądam świat tylko przez liście monstery
podzielenie go na kilka fragmentów
o różnym kształcie i wielkości
daje poczucie że odkrywam nowe lądy
że istnieje możliwość
by osiąść na którymś z nich
tam gdzie każda kropla deszczu
błyszczy neutralnością
łaskocze budząc śmiech
teraz nie potrafię zdecydować
po której stronie okna trudniej znieść życie
nie unoszę głowy jak kwiat bez słońca
więdnę choć rozkwitam
goryczą a mogłam
wniknąć wraz ze światłem
w liście monstery zamieszkać w świetle
stać się światłem które sączy się do korzeni
wybuchnąć pnączem
być matką bo ty tego chciałeś
w swoim świecie


wiadomość na którą już dawno przestałam czekać

czy możemy się spotkać
pomyślałam że jeszcze jest szansa
by odnowić naszą przyjaźń
ja tego potrzebuję


sięgnęłam po fotografie
te w głowie i te z dna pudełka po butach
starszym dobrze patrzyło z oczu
mimo słabego oświetlenia zapowiadały
świetlaną przyszłość
przyćmiewały kolory młodszych
i ból który powoli zastępował tło
by przebić się przez postacie
rozmazać kontury i twarze
zadrżała mi ręka na szczęście
nie na tyle mocno bym nie mogła odpisać

ale ja tego nie potrzebuję


III miejsce - Dominika Patrycja Wilk


Poznawanie

Nigdy nie baliśmy się chodzić do lasu
przez pola pełne ziemniaków i słoneczników,
zrywaliśmy dzikie owoce, kształtne liście,
zbieraliśmy patyki jak trofea.

Obdzieraliśmy je czasem jak ptaki z piór
w rytuale szykowania obiadu, gołe ręce
miały rozcięcia i wystające drzazgi świata,
krew była przyzwyczajeniem, zapachem lata.

Dziki odznaczały się na ziemi odciskami
racic, przyzywały rozkopanymi zagonkami,
pasikoniki przemierzały trawę razem z naszymi
stopami, strachom powiewały kapelusze.

Tamtego lata pokrzywy wysypały się na
opalone łydki jak nigdy, gardła zdarły się jak
kolana, kiedy bieg wyznaczył nowe granice,
błękit majaczył za nami materiałem namiotu.

Tymczasem nasze znalezisko osiedliło się
na nowo, wygrzebało jedzenie z wojskowego
plecaka i ostrzyło nożyk o brudne paznokcie,
jakby bało się tylko powrotu.

Niecierpliwie pokonaliśmy drogę do domów,
a las stał się obcy, nieoswojony jak człowiek,
jeszcze tego samego dnia rozrósł się pod sad,
do krzaków malin, z których wystawała siekiera.


Jeszcze nie

Nie było się jeszcze tak daleko od domu,
Nie wsłuchiwało w słowa, by je zrozumieć,
Nie patrzyło po twarzach, by się porozumieć,
Nie pragnęło przez chwilę żyć gdzieś po kryjomu.

Nie chciało się nigdy bardziej brzmieć po innemu,
Czy należeć do tłumu i mieć twarz zwyczajną,
Czy posiadać ziemię od wieków urodzajną,
Nieodebraną słabszemu i bezbronnemu.

Nie czuło się jeszcze głodu tak rozmaitego,
Nie sięgało po więcej, nie cofało dłoni,
Nie szukało miasta, górskich murów lub błoni
Czy siebie samego w odbiciu obcego.

Nie znało się jeszcze tak wielu różnych granic,
Wielu znaczeń ciszy, krzyku, znaczeń „tak” i „nie”,
Nie śniło się jeszcze snu o nieskończonym śnie,
Nie wypatrywało wszędzie znaków i tablic.

Nie szukało się jeszcze miejsca tak na zawsze,
Nie rozglądało za życiem, które by trwało,
Nie przestało mówić „jeszcze”, gdy nadal mało,
Nie musiało wybierać: potrzebne/ciekawsze.

Nie widziało się tylu odcieni co szare,
Nie zachłysnęło kolorem, choć się go znało,
Nie śmiało się tak często, jak teraz płakało,
Że nadciągnęło nowe, nie odeszło stare.

Nie było się jeszcze tak daleko od domu,
Nie spotkało się jeszcze tak straszliwych ludzi,
Nie widziało wojny, która równość budzi,
Nie życzyło się zła tego jeszcze nikomu.


Pamięć niech nie myli

Wołać, kiedy nie odpowie? Pytam o nią czarno-białe
wspomnienie na półce, pierścionek z zegarkiem na palcu
i buty, w których zmierzała przez życie. Jestem teraz nim.
Piasek wsypuje się przy kolejnych krokach, niebo eksploduje
różem i usta zaciskają kolejne słowa, gdy wiatr chce je porwać.

Pamiętam, jak zaplatała warkocze i wiązała wstążki, jak gotowała
grysik i rzucała ziarno kurom, które kręciły się przy jej spódnicy.
Teraz trzyma pewnie w ramionach dziecię, które nie zdążyło
zrobić pierwszych kroków, powiedzieć pierwszych słów, być
starszym bratem, czy zrozumieć opowiadanych przez nią bajek.

Nie wróci już ta wiosna, kiedy zbierałam dla niej kwiaty, królik,
który biegał po trawie, ojciec, który był mężem. Chcę odnajdywać
jej ślady, dotykać opuszkami korę drzewa, mieścić w sobie jej
tęsknotę za prostotą, o której już świat zapomniał, jak i o niej.
Czy usłyszy miliony opowieści, które wezbrały we mnie przez lata?

Zrywam z oczu łzy, boję się każdego jutra, że mniej we mnie będzie
widoków, skrawków, odcisków, zapachów świata, a więcej modlitw,
które tylko się wypowiada, więc zjadam chmury, które przybierają
jej kształty. Może tej nocy mi się przyśni, poda mi chłopca, który nie
dorósł, nauczy mnie wierszy, które jeszcze potrzebuję z siebie wydobyć.


Wyróżnienie - Luiza Wilczyńska


gawęda o strachu

gołąb wleciał przez otwarte drzwi tak zwyczajnie
załopotał skrzydłem lecz nikt mu miejsca nie ustąpił
wgapieni pasażerowie zastygli jak wosk
z wypalonej świecy gdy ptak zawisł pod sufitem
pozbawionym nieba motorniczy
ruszył z miejsca nie czekając aż opadną pióra
napięcie rosło
co prawda nie wyglądało to jak u Hitchcocka
gołąb wydawał się raczej zawstydzony niż groźny
podskórnie
pobladły speszony do ostatniej kropli krwi
w pełnym zbiorniku żył zakrzepł
potem znów zaczął się wachlować usilnie
jakby chciał odwrócić uwagę od zażenowania
współczesne anioły nie wiedzą jak się zachować
w tłumie tramwaj zahamował
upadły wybiegł na kurzych nóżkach
z obrączką aureoli na stopie


start

w miastach jest najbezludniej
crusoe miał więcej towarzystwa – własne
odbicie w wodzie prywatny księżyc pod nocą
wziętą gwałtem horyzont widziany przez tylko jedną parę
oczu i cień dzielony z palmą
na ulicach widać samych rozbitków upublicznione twarze
nie mają adresata można czekać na wzrok jak na mail zwrotny
wysłany morzem w butelce
można też zrobić sobie tratwę za ścianą łączącą bloki
problem jest tylko z mapą płaską kartografią sensu
i docelowym punktem na osi x y z i z całą reszta alfabetu
drogi prowadzą tylko pielgrzymów
tułacze nie wychodzą poza start


ulisses

zostawił po sobie epilog
krótką notatkę na drzwiach
lodówki że wróci wraz z pełnym obrotem świata
tylko gwiazdy uwolni ze zbiorów zamkniętych – dzikie
niedźwiedzice więzionych bogów ożywi
wygasłe słońca na niedomytym niebie
a gdy już będzie z powrotem wyrecytuje siebie z pamięci
odtworzy każdy dzień a ja będę słuchać wierna
z posiwiałym włosem i dorosłym synem
przy piersi – tak myśli
tymczasem robię sobie kanapkę zdzierając kartkę
jak skalp
segregację śmieci zrobię wieczorem

Nagroda im. Jana Stanisława Kiczora za najlepszy wiersz rymowany


Urszula Krajewska-Szeligowska


Gdzie ten monsieur?

Całuję twoją dłoń, madame… 1
Kręciła stara płyta się,
A głos amanta miękko brzmiał.
Ach, jakiż z niego był monsieur!

Ty do mnie mówisz: daj coś zjeść!
Nie spytasz, jak dzień minął mi.
Grasz w gry albo oglądasz mecz.
Czy to w ogóle jeszcze ty?

Gdzież dawny salonowy lew?
Energia twoja poszła precz.
Żarówkę wymień, napraw zlew,
A potem może wyjdźmy gdzieś.

I proszę, szukam różnych słów:
Please, bitte, kérem, s'il vous plaît.
Ty na to: do mnie prosto mów,
Bo ze mnie żaden już monsieur!

Mam dość. Spać idę! Zjawia się
We śnie on, choć w krąg tyle dam,
Do ucha szepcze mi monsieur:
Całuję twoją dłoń, madame.

Słowa zaczerpnięte z tekstu piosenki Fritza Rottera, tłumaczenie Andrzej Włast


Zdzisław Drzewiecki


ballada sen nie sen

przychodzą do mnie panny wiotkie
każda mi wiano jakieś niesie
na noc do siebie zapraszają
ale tam zimno bo już jesień

list jeszcze dzisiaj muszę skrobnąć
do przyjaciela hen gdzieś w Peru
a te mi mówią że listonosz
w łeb sobie palnął z rewolweru

więc pióro mi zadrżało w dłoni
bo któż me słowa w świat poniesie
ale do panien dziś nie pójdę
przecież tam zimno bo już jesień

i na co mi dziewczyny wiotkie
starczy w butelce okowita
trzeba mi gwiazdy z nieba sprzątnąć
bo już zaczyna w oknie świtać

i już po pannach śladu nie ma
wiatr szarpie róże na ogrodzie
i tylko pijak w bramie usnął
nierzeczywisty jak czarodziej
Każdy jest kowalem własnego losu. Nie każdy Kowalczykiem.
Awatar użytkownika
Liliana
Posty: 6684
Rejestracja: pt 05 lis, 2010
Lokalizacja: Sosnowiec

Post autor: Liliana »

:rozyczka: Gratulacje dla zwycięzców! :rozyczka:
wiem, że nic nie wiem, ale staram się dowiedzieć,