Odruch warunkowy

 Moderator: Tomasz Kowalczyk

ODPOWIEDZ
Hiacynt
Posty: 55
Rejestracja: sob 13 mar, 2021

Post autor: Hiacynt »

Miała na imię Bernadeta, ja nazywałem ją Bernadet. Przychodziła do biura z uśmiechem oznajmiając - Sprzątanko! – A ja zadawałem wciąż to samo pytanie – Jak samopoczucie? – odpowiadała zazwyczaj - Może być.
Czasem jak jej koleżanka zwracała uwagę na jakiś przeoczony szczegół, bardzo się tym przejmowała. Robiło mi się jej żal i wtedy mówiłem – Nie przejmuj się tak, to drobnostka, szybka do zmycia. – Czasem pomagało, czasem jej poczucie niższości brało górę i zachmurzała się na cały dzień.
Wycierała podłogi w specyficzny sposób. Najpierw kilka szybkich ruchów mopem, potem chwila przerwy, spojrzenie w sufit albo na ścianę i znowu parę dynamicznych ruchów. Nie miała problemów z wyrobieniem się na czas, jednak na niektóre jej współpracownice działało to drażniąco.
Kiedy miała dobru humor, lubiłem z nią tak trochę na wesoło porozmawiać. Interesowałem się wtedy kulturą dalekiego wschodu, szczególnie Buddyzmem zen . Kiedyś zacytowałem jej jedno haiku:
„Tam deszcz wiosenny
ogień jak ja ciekawy
garnkowego zadka”
- Ja też tęsknię za ciepłem – odpowiedziała z lekkim uśmiechem.
Trochę mnie zatkało, nie spodziewałem się, że ktoś taki jak ona, może tak trafnie to spointować. Kiedy zapytałem ją czy czasem coś czyta? Odpowiedziała, że jest za głupia na książki, a czytanie strasznie ją męczy. Bardzo przypasowała mi jej prostota do buddyjskiej nauki o całości istnienia. Tacy ludzie jak ona, żyją wciśnięci między schody, nakrywają do stołu, zbierają naczynia i gaszą światła. Po cichu i prawie niezauważalnie. Cieszy ich każdy życzliwy uśmiech i dobre słowo. Nie posiadają umiejętności walki. Są jak nagie drzewa, mogące tylko czekać na cieplejsze dni.

W latach dziewięćdziesiątych większość firm w naszym kraju przeobrażała się w bardziej przystosowane do drapieżnych, zachodnich rynków. Oczywiście tak to nazywano w rzeczywistości rozkradano je na różne sposoby. Mojej też to nie ominęło, zaczęły się redukcje etatów, zwolnienia, no i podziękowano połowie sprzątaczek. Reszcie trochę podwyższyli pensję i dodano więcej niż trochę powierzchni do sprzątania. Niestety Bernadet nie spotkał ten zaszczyt. Do biura zaczęły przychodzić krewkie baby, o bardzo donośnych głosach ,sprzątające w ekspresowym tempie.

Minęło dziesięć lat od tych przekształceń, szczęśliwie udało mi się je przetrwać i nawet awansować ze stanowiska referenta na kierownika magazynu stali kształtowej. Niestety, po dwóch latach od awansu, pojawił się poważny problem. Miałem podejrzenie, że płucach zagościł jakiś nowy twór. Co prawda, dawno rzuciłem palenie, ale nowotwory często bywają złośliwe i nawet tych nigdy nie palących, dopadają, wprowadzając wiele wątpliwości w ich życiowe plany.
No i znowu mi się udało. Wracałem szczęśliwy z Katowickiego Centrum Onkologii, gdzie wyniki badań wykazały, że na moich płucach nie pojawił się żaden złośliwy twór. Szedłem uśmiechając się do wszystkich mijających mnie ludzi. Nie przeszkadzał mi nawet widok chyba najbardziej obskurnego dworca w tym kraju. Patrzyłem na małourokliwy wystrój wnętrz i dzisiaj wszystko mi się w nim podobało. W pewnym momencie, przypadkowo dostrzegłem znajomą twarz. To była Bernadet, od razu ją poznałem po tym zamyślonym spojrzeniu. Stała jakieś dziesięć metrów przede mną, trzymając w rękach kartonik, zapewne z napisem zbieram na chleb lub coś w tym stylu. Pod jej nogami stało plastykowe pudełeczko. Zatrzymałem się, nie wiedząc co mam z sobą zrobić, musiałem przejść obok niej i nie miałem pojęcia jak mam to zrobić. Z jednej strony chciałem ją zapytać – co się stało? – z drugiej nie chciałem stwarzać sobie jakichś dziwacznych sytuacji z których nie wiadomo co wyniknie.
Przeszedłem obok niej, udając, że nie widzę, jednak coś mnie podkusiło by na nią zerknąć. Na pewno mnie poznała, uśmiechnęła się, a potem szybko posmutniała, spuszczając swój zawiedziony wzrok.
Kiedy wróciłem do domu, jej ostre rysy twarzy, jeszcze we mnie tkwiły. Jak odłamki szkła, boleśnie szydzące z mojej wątłej wrażliwości. Zen, literatura piękna, cały mój dekoracyjny humanizm, niewiele znaczył, względem prymitywnej siły odruchów warunkowych. Fakt, że uświadomiło mi to, krótkie spojrzenie, a nie jakieś traumatyczne przeżycie, sprawia, że kiedy sięgam na półkę po coś ambitnego, pojawia się mi przed oczami Bernadet przypominając, że to nie dla mnie.