Sznur w domu wisielca czyli jak spełniają się marzenia

 Moderator: Tomasz Kowalczyk

ODPOWIEDZ
Oremus
Posty: 674
Rejestracja: pt 05 wrz, 2014

Post autor: Oremus »

Są pragnienia jak pustynny wiatr. Od niespełnionej żądzy schniemy, marszczymy się i w końcu rozpadamy w marne strzępy jak skóra martwej jaszczurki. Są jednak marzenia, które, choć niespełnione, nie psują nam snu ani apetytu. Czekają cierpliwie, po czym tracą stopniowo na sile i w końcu odchodzą w zapomnienie, jak gdyby ich nigdy nie było. Ale to tylko pozory, bo przy pierwszej okazji wyskakują jak diabełek z pudełka i dają nachalnie o sobie znać.
Zacznijmy jednak od początku. Marzeniem moich chłopaków były nowe sanki. Wprawdzie w piwnicy poniewierały się stare drewniane rodle z zakręconymi płozami, przytargane od dziadków ze strychu, jednak szczególnie młodszy z dzieciaków, będący od pierwszych rozbłysków osobowości aż do czasów obecnych konformistą, źle znosił docinki kolegów na temat „jazdy na muflonie”. Cóż, czasy nie były wtedy łatwe i każde marzenie musiało odczekać swoje w kolejce. Podobnie jak my wszyscy. Ale w końcu nadeszła chwila, kiedy na dachu otłuczonej Skody zajechał pod nasz blok nowiusieńki bobslej, świecący czerwienią, pachnący świeżą farbą i plastykiem. Oczywiście, taki skarb nie mógł spocząć w piwnicy. Po każdym zjeżdżaniu wywoziliśmy go windą na trzecie piętro i upychaliśmy w łazience naszego M-3.
Radość była ogromna. Chłopcy przy każdej okazji zaglądali przez uchylone drzwi, by przekonać się, że lśniące cacko jest na swoim miejscu. I, oczywiście, kroki każdego gościa pod presją chłopców zmierzały najpierw do łazienki. Tak było z Pawłem z czwartego piętra („wujku, wujku, niech wujek zobaczy, co my tu mamy”). Wydawało mi się, że skądś z głębi mieszkania dochodzi głos żony „ależ nie, proszę, nie”, a potem plusk wody. Ale było już za późno. Paweł stał w otwartych drzwiach łazienki, jakieś dwie lub trzy sekundy spoglądał z nieukrywanym zainteresowaniem w kierunku wanny, a potem wycofał się ze słowami: „rzeczywiście cudo, sam bym chciał mieć takie”. Wobec ogromnej determinacji, z jaką podchodził do realizacji swoich zamiarów, nie mówił tego, na szczęście, poważnie.
Paweł był nauczycielem, ale jego wielkim marzeniem było zostać poetą. I robił wszystko, żeby to marzenie stało się rzeczywistością. Dużo czytał, pisał do magazynów literackich i... chlał jak bosman. W lipcowe wieczory wyrywał się spod opiekuńczych skrzydeł swojej połowicy i w towarzystwie zaprzyjaźnionych, bełkocących, zawsze pijanych ledwie-że-nie-kloszardów (w tamtych czasach nie było jeszcze prawdziwych kloszardów), wyciągnięty w trawie na zboczu pagórka tuż za osiedlowymi blokami podziwiał czarne, postrzępione kulisy Tatr na tle nocnego nieba.
Gwiazdy, bezmiar, nieskończoność – to jedna z fascynacji Pawła, często odzwierciedlająca się w jego wierszach. Drugą fascynacją była śmierć. Raz otarł się o nią, kiedy na straszliwym kacu po kilkudniowym cugu zamknięty na klucz w mieszkaniu przez zapobiegliwą żonę usiłował zejść na dół po balkonach. Marzenie o kuflu piwka w dworcowej knajpie rozwiało się jednak gdzieś na wysokości drugiego piętra, skąd spadł na stertę gleby, przygotowanej pod nowy trawnik. To była przymiarka. Za drugim razem nie poszło mu już tak dobrze.
Ja natomiast nigdy nie miałem polotu. Moje skryte marzenia można by porównać do pragnień ruskiego matrosa, który wypuszczając na wolność złowioną złotą rybkę zażądał pół wora gorzały, jednego fula i marynowanego śledzia z cebulką. Zresztą moje pragnienia urzeczywistniały się zawsze jakoś mimochodem, w cieniu wykonywanych obowiązków. Tak było i z Jezusem Chrystusem Supergwiazdą. Od momentu, kiedy usłyszałem w radiowej Trójce pierwszy song z tego musicalu, zapragnąłem obejrzeć go w całości. Raz prawie mi się udało. Przechodząc w akademiku obok zadymionej salki telewizyjnej zobaczyłem na migającym ekranie przesłoniętym przez dziesiątki głów, jak po rusztowaniu, jakiego używają budowlańcy, wspina się czarno-biały Judasz, by donieść na Jezusa Faryzeuszom. Ale ponieważ następnego dnia czekało mnie ważne kolokwium, z westchnieniem powlokłem się do klitki na drugim piętrze. Marzenie musiało poczekać przez następnych prawie czterdzieści lat.
Paweł do śmierci przymierzał się na różne sposoby. W jego ostatnim tomiku poezji zatytułowanym Sznur w domu wisielca* (trochę dysgraficzna dedykacja: Jurkowi na pamiątkę starych, dobrych czasów z wiarą w jeszcze lepsze...) znalazłem wiersz Pozdrowienia z drugiego świata. Piękny jest drugi świat. / Ta opiewana światłość, / te przepiękne chorały, / to wszystko tu naprawdę jest! / Unoszę się jak meduza / pośród innych światełek. / Już setki lat tu się tak / unoszę. // Naprawdę bardzo tu przyjemnie, / ale mnie, proszę, / na chwileczkę puśćcie/ do lasów za Popradem, / kiedy oddychają po deszczu, / puśćcie mnie na zapomniane osiedle, / gdzie znowu nauczę moje dziecko / chodzić, / do wieczornego miasteczka, / do mizernej dworcowej / knajpki mnie puśćcie, / przyrzekam, tylko jedno małe / piwko, nic więcej, i kilka słów / z kolegami, // wrócę, / na pewno was nie wykiwam, / wrócę do światełek / i chorałów, / tylko mnie na chwileczkę / puśćcie tam, / gdzie mnie pamięta / tylko wiatr, / gdzie kiedyś zajaśniałem / między ciemnością a ciemnością.
Poszedłem na mszę zaduszną. W półmroku, pośród kolorowych cieni rzucanych przez witraże, modliło się zaledwie kilka osób. Spojrzenia świętych krzyżowały się, jak zwykle, ponad naszymi głowami. Organista przedzierał się przez tonacje, szukając właściwego akordu.... zupełnie jak u Rice’go i Webbera. No tak, sławetny musical przyczepił się do mnie i ani rusz oderwać się od niego nawet w takim miejscu i przy takiej okazji.
Marzenia spełniają się czasami zbyt późno. Gdyby nie moja upierdliwość i owo nieszczęsne kolokwium nasyciłbym swoją ciekawość kiedyś w połowie lat siedemdziesiątych i do Supergwiazdy nigdy bym już pewnie nie wrócił. Jedyne, co w tym czasie przemówiłoby do mojej wyobraźni, to podrygiwania podkasanej Marii Magdaleny i apostołów ubranych w kwiaciaste koszule, w rytm przewodniego songu z niezbyt błyskotliwym refrenem (ho-sanna, hej-sanna, sanna, sanna-ho). Jaką taką nadzieję na pozytywny obrót mógłbym jeszcze mieć w kilkanaście lat później, w czasach powszechnego boomu reewangelizacyjnego, kiedy podobnie jak bohaterowie musicalu, bawiąc się w ewangelię, mógłbym odkryć prawdę o niej. Ale teraz do mojego zwapniałego mózgu przedarła się i zagnieździła w nim tylko jedna jedyna kwestia Judasza Iskarioty: Jezu Chryste, Supergwiazdo, czy naprawdę wierzysz, że jesteś tym, za kogo oni cię uważają?
Z tego miejsca na cmentarzu rozciąga się piękny widok na lasy za Popradem. Wracając stąd do domu czasami wpadam do dworcowej knajpy na piwko. Mam strasznie dużo pytań do Pawła, ale coraz bardziej wątpię, że wyjdzie na przepustkę. Szkoda. Bo z kolei mnie do środka chyba nie wpuszczą.
_____________
* Pavol Hudák: Povraz v dome obesenca a iné básne, Levoča, MTM 2003